21h18 CEST
02/06/2026
Szczeciński challenger należy do największych i najstarszych na świecie. Atrakcyjności dodaje mu to, że jest rozgrywany w tygodniu Pucharu Davisa, w związku z tym nie ma wówczas turniejów o wyższej randze. Dlatego do Polski zjeżdżają tenisiści klasyfikowani zwykle pomiędzy 50. a 150. miejscem w rankingu ATP. Czyli z miejsc, w jakim była Chwalińska przyjeżdżając do Paryża, bo zaczynając kwalifikacje na kortach im. Rolanda Garrosa zajmowała 114. pozycję na liście światowej.
Możliwość zdobycia 125 punktów za wygraną w Szczecinie daje spory awans w rankingu, więc dla kilku tenisistów te zawody były trampoliną do kolejnych sukcesów.
- Tyle tylko, że to jest dość powolne i systematyczne pięcie się w górę klasyfikacji. Nie pamiętam, by któryś z graczy występujących u nas zrobił aż tak wielki skok, jak Chwalińska. Oczywiście, mieliśmy zawodników, którzy szybko, po występie w Szczecinie osiągali światowe sukcesy, jak Juan Carlos Ferrero, który nie tak długo po drugim starcie u nas został numerem jeden rankingu singlowego, Chilijczyk Nicolas Massu zdobył dwa złote medale olimpijskie, a Rosjanin Nikołaj Dawidienko na lata zagościł w światowej czołówce – wyliczył Bobala.
Z zawodników, którzy w obecnej edycji pokazali się z dobrej strony w Paryżu, a wcześniej grali w Szczecinie, to Casper Ruud czy Flavio Coboli. Włoch to ćwierćfinalista Invest in Szczecin Open sprzed dwóch lat.
Polka może po paryskiej imprezie znaleźć w okolicach 50. lokaty w klasyfikacji WTA, co oznacza, że nie będzie mogła grać w challengerach, chyba że otrzyma tzw. dziką kartę od organizatorów, którym wolno zaprosić maksimum dwóch takich zawodników.
- Nie żałuję tego, że nie możemy ponownie obejrzeć np. naszych zwycięzców. Znam swoje miejsce w szeregu. Cieszę się, gdy w telewizji na dużych turniejach mogę oglądać zawodników, których gościliśmy – dodał Bobala i kontynuował: - Przed Chwalińską teraz nowe wyzwania w tenisie. Będzie mogła bez kwalifikacji grać w największych turniejach na świecie. Bardzo się z tego cieszę, bo ta dziewczyna zasłużyła na to. A znam ją jeszcze z czasów, gdy jako 14-latka z Igą Świątek jeździła po zawodach w Polsce.
Twórca i dyrektor najstarszego zawodowego turnieju w Polsce w przeszłości także był tenisistą Szczecińskiego Klubu Tenisowego. Wielkich sukcesów nie osiągnął, ale amatorsko gra do tej pory i jest ogromnym fanem dyscypliny. Jak sam mówi „kocha tenis”.
- I Maja Chwalińska też nie zatraciła tej miłości do tenisa. To można odczytać z jej twarzy. Życzę jej, by jak najdłużej grała wśród najlepszych. Przecież ciągle jest bardzo młoda i jej kariera tak naprawdę teraz dopiero nabierze tempa. To, co wyprawia w Paryżu jest niewiarygodne - wspomniał.
Jak ocenił, jej tenis jest zupełnie inny niż wszystkich rywalek.
- Uderza piłkę 30 km na godzinę wolniej. Serwis ma chyba wolniejszy niż... mój. Ale te top spiny, slajsy są niesamowite. Jej slajs bekhendowy jest tak rotowany i nieprzewidywalny, że zawodniczki nie wiedzą, jak go odegrać. Rywalka biegnie z końca kortu do skrótu Mai, a ta w odpowiedzi posyła loba pod samą linię. To może wytrącić z równowagi. I takich zagrań jest z jej strony mnóstwo, a wszystkie przemyślane. Maja jest katem z uśmiechem na twarzy. Nic dziwnego, że po meczu z Diane Parry paryska publiczność tak bardzo ją oklaskiwała. Taką grę ogląda się z ogromną przyjemnością - tłumaczył.
- Z Anną Kalinską w ćwierćfinale Polka nie będzie mieć łatwo, ale kto wie, może ten jej tenis dalej będzie działał – zakończył Bobala.
Spotkanie Chwalińskiej o półfinał - w środę o godz. 11. (PAP)
pż/ pp/