22h07 CEST
24/05/2026
34-letnia Poznanianka przełamała trzyletnią serię porażek w pierwszej rundzie w Paryżu. Najlepszy wynik w stolicy Francji osiągnęła w 2017 i 2021 roku, gdy dotarła do trzeciej rundy.
Dwa pierwsze sety padały łupem zawodniczki, która musiała gonić wynik. Linette zaczęła spotkanie od prowadzenia 4:1, jednak później do głosu doszła Valentova. Szybko odrobiła stratę i ostatecznie wygrała partię 7:5.
- Prowadziłam na początku, ale popełniłam kilka prostych błędów i zapłaciłam za nie. Wiedziałam, że muszę walczyć. Powtarzałam sobie, że sama wpędziłam się w tę sytuację i teraz muszę się z niej wydostać - powiedziała Linette.
- Byłam bardzo zestresowana i nie dopięłam rzeczy, które powinnam. Kosztowało mnie to później zdrowie i nerwy - dodała.
W drugim secie sytuacja się odwróciła. To Czeszka prowadziła 4:2 i wydawało się, że jest blisko zwycięstwa. Linette w świetnym stylu wygrała jednak cztery gemy z rzędu, co pozwoliło jej wyrównać stan meczu.
- Wiedziałam, że muszę czekać na swoją szansę. Wreszcie zaczęłam lepiej returnować - stwierdziła Linette.
W decydującym secie Polka prowadząc 2:1 poprosiła o przerwę medyczną. Nie chciała zdradzić szczegółów kontuzji, aby nie dawać wskazówek następnej rywalce.
- Dokończyłam mecz, więc na pewno nie jest to coś, co wyklucza mnie z turnieju. To jest coś, co doskwiera mi od dłuższego czasu, a mączka to nawierzchnia bardziej wymagająca fizycznie - powiedziała.
Początkowo po przerwie medycznej Linette serwowała nietypowo, bo uderzała piłkę od dołu. Była to konsekwencja problemów z kolanem.
- Zupełnie nie wiedziałam co robić i pierwszy raz w życiu się na to zdecydowałam. Początkowo nawet był ten serwis skuteczny, ale później rywalka już się go spodziewała. W końcu kolano się odblokowało i mogłam serwować normalnie - zrelacjonowała.
Ostatecznie o losach meczu decydował super tie-break. Linette zaczęła go świetnie, szybko prowadząc 5-1, ale kilka minut później zrobiło się 7-7. Polka zachowała zimną krew. Wygrała dwa kolejne punkty, a ostatecznie wykorzystała trzecią piłkę meczową.
- Najważniejsze było dla mnie zachować spokój. Czułam, że jestem w lepszym położeniu, dużo lepiej czułam punkty. Dużo energii kosztowało mnie zachowanie spokoju - zdradziła.
Mecz rozgrywany był w ponad 30-stopniowym upale. Choć Linette na co dzień trenuje na Florydzie i do wysokiej temperatury jest przyzwyczajona, to i tak potrzebowała sporo czasu, aby dojść do siebie. Na konferencję prasową przyszła dwie i pół godziny po spotkaniu.
- Od razu poszłam do wanny z lodem i spędziłam w niej dobre pół godziny. Później byłam pod opieką fizjoterapeutek. Wypiłam bardzo dużo, ale nawet nie miałam jeszcze okazji zjeść - powiedziała.
Kolejną rywalkę pozna w poniedziałek. Będzie nią rozstawiona z numerem 29. Łotyszka Jelena Ostapenko lub Niemka Ella Seidel. Ze zwyciężczynią Linette zmierzy się w środę.
- To jest plus grania w niedzielę. Mam teraz dwa dni wolnego. Mam nadzieję, że to wystarczy i uda się doprowadzić mnie do stanu, żebym mogła zagrać na dobrym poziomie - przyznała Polka.
Znacznie mniej czasu do awansu potrzebowała Magdalena Fręch. Wygrała pierwszego seta 7:6 (7-5) z Eleną-Gabrielą Ruse, a gdy w drugim prowadziła 2:1, Rumunka poddała spotkanie.
- Wygrana to wygrana, bardzo się cieszę z awansu. Myślę, że kluczowy był pierwszy set. Gdyby Ruse go wygrała, to pewnie tak łatwo nie podjęłaby decyzji o kreczu - oceniła Łodzianka.
Ona również kolejną rywalkę pozna w poniedziałek. Będzie nią albo rozstawiona z numerem 20. Rosjanka Ludmiła Samsonowa, albo Szwajcarka Jil Teichmann.
Tego samego dnia do gry przystąpią dwie pozostałe Polki. Iga Świątek zagra z Australijką Emerson Jones, a Maja Chwalińska z Chinką Qinwen Zheng.
Z Paryża - Wojciech Kruk-Pielesiak. (PAP)
wkp/ cegl/