10h07 CEST
24/05/2026
Przyszła na świat w Leningradzie jako Irena Kirszenstein. W następnym roku zamieszkała z rodzicami w Warszawie. Jak wspominała, jej kariera rozpoczęła się od... przypadku.
Wiosną 1961 roku na stadionie Agrykoli w Warszawie nauczycielka wychowania fizycznego Liliana Bucholc przeprowadzała sprawdzian swoich uczniów ze szkoły im. Jarosława Dąbrowskiego przy ulicy Kopernika. Gdy metę biegu minęła szczupła, wysoka, z krótko obciętymi czarnymi włosami Irena Kirszenstein, Bucholc długo wpatrywała się w stoper. Jak później przyznała, „złapany czas był niewiarygodny”.
- Nie mogłam wyjść z podziwu. Zrozumiałam wtedy, że ma do czynienia z wielkim talentem – zaznaczyła.
- Pamiętam, że nauczycielka prosiła mnie, abym pobiegła jeszcze raz, bo chyba jej się stoper popsuł - wspominała późniejsza gwiazda „królowej sportu”.
W wieku 14 lat trafiła do trenera Jana Kopyto w stołecznej Polonii. Barwy tego klubu reprezentowała do końca kariery.
Mając 18 lat naderwała mięsień dwugłowy uda. Przerwa trwała miesiąc. Kirszenstein, dzięki temu, że solidnie przepracowała zimę, udało się zbudować formę i uzyskać kwalifikację olimpijską. Zastanawiano się, jak juniorka wypadnie na tle innych silnych polskich sprinterek: Teresy Ciepły, Haliny Góreckiej czy Ewy Kłobukowskiej.
W 1964 roku na stadionie w Tokio nastoletnia dziewczyna z Warszawy rozpoczęła największą karierę w historii polskiego sportu. Zdobyte wtedy przez maturzystkę trzy medale olimpijskie były zapowiedzią wielkich dni. Mało kto spodziewał się, że w taki sposób zdominuje lekkoatletyczną bieżnię, czego dowodem jest choćby fakt, że jako jedyna biła rekordy na wszystkich trzech dystansach sprinterskich (100, 200 i 400 m).
10 lat później, w 1974 roku, została uznana przez agencję prasową United Press International (UPI) za najlepszą sportsmenkę globu. W 1998 roku, w plebiscycie „Polityki”, „Przeglądu Sportowego” i „Tempa” została uznana za postać numer 1 w polskim sporcie XX wieku.
Na igrzyska w Meksyku (1968) pojechała tuż po ważnym wydarzeniu w życiu prywatnym, jakim było wyjście za mąż za czterystumetrowca Janusza Szewińskiego, który po zakończeniu kariery został wziętym fotoreporterem, m.in. „Przeglądu Sportowego". Po brązowym medalu olimpijskim na 100 m, na dystansie 200 m wynikiem 22,58 ustanowiła rekord świata, natomiast w eliminacjach 4x100 m wypadła z jej dłoni pałeczka i polska sztafeta została zdyskwalifikowana.
W efekcie manipulacji medialnych i wydarzeń związanych z marcem 1968 roku Szewińska stała się obiektem ataków antysemickich. Odmawiano jej prawa do reprezentowania kraju. W telewizji ukazał się reportaż „Porażka idola”, w którym zmanipulowano wypowiedzi innych zawodniczek sztafety. Ton programu był oskarżycielski. „Irena pozbawiła nas jedynej szansy na medal olimpijski” – mówiły koleżanki, które twierdziły, że zrobiła to specjalnie.
Szewińska nigdy nie ukrywała swego pochodzenia. Podkreślała jednak zawsze, że dla niej ważny był tylko sport. Niezbyt udany w jej ocenie występ na wysokości 2000 m n.p.m. w stolicy Meksyku zmotywował ją do jeszcze bardziej intensywnej pracy.
- Mój mąż, a zarazem trener, śmiał się ze mnie, że jestem pilna aż do przesady. I nawet wtedy, gdy była plucha albo mróz i zaspy śniegu, wychodziłam, żeby zrealizować zaplanowaną jednostkę treningową. Wiedziałam bowiem, że tylko drogą systematycznych przygotowań można dojść do podium. A z treningu w ekstremalnych warunkach atmosferycznych wracałam szczególnie zadowolona, wiedząc, że mnie to przybliża do sukcesów w letnim sezonie - opisywała.
Niebawem Szewińska stanęła przed dylematem - sport a rodzina. Jej wielkim pragnieniem stało się urodzenie dziecka. W 1970 roku na świat przyszedł syn Andrzej. Po krótkim urlopie macierzyńskim wróciła na bieżnię, godząc obowiązki matki i zawodniczki ze studiowaniem ekonomii. Pierwsze sukcesy po przerwie, już w 1971 roku, choć nie na miarę jej możliwości, to dwa medale mistrzostw Europy - srebrny w sofijskiej hali w skoku w dal i brązowy na stadionie w Helsinkach na 200 m.
W 1972 roku Szewińska nie osiągnęła co prawda optymalnej formy, ale z Monachium wróciła z brązowym medalem olimpijskim na 200 m, zaś cztery lata później, z Montrealu, ze złotym na 400 m i rekordem świata 49,28.
Jan Mulak, twórca polskiego Wunderteamu lekkoatletycznego lat 50. i 60. wielokrotnie podkreślał, że sam talent i fizyczne predyspozycje do podium nie doprowadzą.
- Żadnego sukcesu nie byłoby, gdyby nie pracowitość Ireny, niesamowita ambicja, żelazna wola, optymizm oraz konsekwencja w dążeniu do celu - tłumaczył.
Jako lekkoatletka pożegnała się z zawodniczą karierą w 1980 roku w Moskwie, podczas igrzysk olimpijskich. Chciała zakończyć medalowym akcentem, lecz w półfinałowym biegu na 400 m doznała kontuzji.
- Zaproszono mnie do Tokio jako gościa honorowego meczu ośmiu narodów. Zostałam wywołana na środek stadionu i uroczyście pożegnana jako zawodniczka. Było to doprawdy wzruszające - wspominała po latach.
Janusz Szewiński przyznał, że ze zdjęć, które najbardziej lubi, to te z początków kariery żony, jak skacze w dal i wzwyż.
- Od tego się zaczęło; dopiero potem był sprint. Irena była trudnym obiektem do fotografowania, ale przez 50 lat udało się zrobić kilka dobrych zdjęć – wspomniał z uśmiechem.
29 września 2007 roku Szewińskiej nadano tytuł doktora honoris causa Akademii Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku. Otrzymała również Medal Kalos Kagathos (w 1994 roku) przyznawany wybitnym sportowcom, którzy odnieśli sukces również poza sportem. W 2012 roku została włączona do Galerii Sławy światowej lekkoatletyki. W 2016 roku w Święto Konstytucji 3 Maja została odznaczona przez ówczesnego prezydenta RP Andrzeja Dudę najwyższym odznaczeniem państwowym - Orderem Orła Białego.
Na początku 2014 roku przeszła chemioterapię po wykryciu u niej nowotworu. Wydawało się, że zwycięży bezwarunkowo, ale choroba wróciła. Szewińska nie poddała się, dalej walczyła i nawet nie zrezygnowała z wyjazdu na zimowe igrzyska do Soczi.
Irena Szewińska zmarła w szpitalu w Warszawie 29 czerwca 2018 roku.(PAP)
pp/ af/ krys/